Lednica

W dniach 30.5 – 1.06 kilku członków naszej wspólnoty brało udział w warsztatach przygotowujących do ewangelizacji, a następnie we właściwej całodniowej ewangelizacji podczas Ogólnopolskiego Spotkania Młodych LEDNICA 2000 – największego w Polsce corocznego spotkania katolickiej młodzieży z Polski, a od kilku lat również z zagranicy. Pomysłodawcą, twórcą i wizjonerem Spotkań Młodych był dominikanin Jan W. Góra OP ).

Warsztaty prowadziła zaprzyjaźniona wspólnota Św. Jacka działająca przy klasztorze o. Dominikanów w Poznaniu. Był to niezwykły czas wielu pięknych doświadczeń, owocnych rozmów, dzielenia się świadectwami, nowych przyjaźni, ale przede wszystkim posługiwania modlitwą i dostrzeganiem drugiego człowieka – jego pragnień i wątpliwości.

Poniżej świadectwa z tego niezwykłego czasu:

W tym roku pierwszy raz odważyłam się pojechać na Lednicę w nowej funkcji- jako Ewangelizator. Nie sądziłam, że się do tego nadaję, ale chciałam spróbować. Najpierw były 3 dni rekolekcji, gdzie spodziewałam się dostać gotową receptę: jak do człowieka podejść, jak odpowiadać na trudne pytania, jak mówić, żeby dotarło. Czekałam i czekałam, ale w końcu zrozumiałam, że to nie szkolenie marketingowe a rekolekcje, nacisk był raczej na modlitwę o prowadzenie do Ducha Świętego niż sprzedanie swojego towaru.
Taka perspektywa była kluczowa w głoszeniu na polu, to była optyka, przy której wszystkie moje obawy nie miały znaczenia, bo to nie o mnie i moje umiejętności chodziło. Trzeba naprawdę nic nie mieć do zaoferowania żeby czuć Boże działanie. Cały dzień towarzyszyły mi spokój, pewność i ponad wszystko radość, a nie są to moi codzienni kompani. Tego się nie da opisać, Duch Święty naprawdę dawał wszystko, popychał, otwierał usta i stawiał na naszych drogach ludzi, którzy potrzebowali o Nim usłyszeć. Widać było jak pracuje w nas i w nich, ja na pewno sama nie miałabym siły, mądrości, umiejętności, a już tym bardziej takiej radości w mówieniu o Nim, zupełnie mnie to zaskoczyło. To była niezwykła współpraca, namacalne doświadczanie Boga, nadal jestem pod wrażeniem!

Michalina

W latach szkolnych, wielokrotnie byłam uczestnikiem Lednicy, jednak w tym roku pojechałam tam niejako od drugiej strony – jako ewangelizator. Czułam Boże wsparcie już kilka dni przed, ponieważ trwał wtedy gorący czas sesji, zaliczeń i projektów i po ludzku nie umiałam się wyrobić i dopiąć wszystkiego na czas. Chciałam zrezygnować, ale jednak tego nie zrobiłam. Późnym wieczorem po perypetiach z opóźnieniem pociągu (dzięki którym mogłam w spokoju kontynuować pisanie pracy) dotarłam do Otorowa, skąd rano wyruszaliśmy autokarem na Pola. Byłam ostatnią osobą, która dojechała i jakimś cudem (za sprawą Ducha Świętego) dostałam jednoosobowy pokój, w którym na spokojnie ukończyłam dwie prace, które musiałam przesłać przed północą. W ten sposób nikt nie przeszkadzał mi w myśleniu, ani ja nikomu w spaniu waleniem w klawiaturę i zapalonym światłem.
Rano rozpoczęliśmy od Mszy Świętej – od samego początku czułam niesamowitą atmosferę wyczekiwania, odwagi, a także Prowadzenie przez Boga. Czułam się dosłownie jak Wojownik Boży, odziany w zbroję z listu do Efezjan. Już na Polach przydzielono mi parę, z którą miałam ewangelizować – był to kl. Tomek. Najpierw poszliśmy pomodlić się do namiotu adoracji, a później ruszyliśmy w poszukiwaniu samotnych, wyglądających na zagubionych ludzi (ogromnym plusem ewangelizacji z klerykiem jest to, że nikt nie odmówi rozmowy gościowi w sutannie ;)). W sumie przeprowadziliśmy 5 rozmów. Wydaje się to bardzo mało jak na cały dzień, ale poruszaliśmy w nich dość osobiste tematy, zarówno problemy napotkanej młodzieży, jak i nasze świadectwa działania Boga w życiu. Najbardziej zapamiętałam dwie ostatnie rozmowy. B. i A. Były „lednicowymi weterankami” – przyjeżdżały co roku od paru lat, wiernie uczestniczyły w życiu Kościoła… Jednak pod tą słodką warstwą kryła się gorycz. Obie zmagały się z problemami natury psychicznej, znajdowały się w kryzysie wiary, nie potrafiły przyjąć i zaakceptować, że Jezus je kocha, ponieważ one same siebie nie kochały. Na tamten dzień nie były w stanie oddać życia Jezusowi, ale zabrały obrazki z wypisanym tekstem modlitwy zawierzenia. Na koniec pomodliliśmy się nad nimi wstawienniczo. Pożegnaliśmy się i kiedy chcieliśmy ruszać dalej, zawołała do nas pewna dziewczyna i zapytała czy pomodlimy się za jej koleżankę – ochoczo przystaliśmy. Po chwili rozmowy, P. Również okazała się mieć problemy psychiczne. Opowiedziała mi z czym się w życiu zmaga, z jakimi trudnościami nie potrafi sobie poradzić, ja powiedziałam jak to wyglądało u mnie. Po pierwsze poprosiłam, aby udała się na konsultację do lekarza psychiatry, wyjaśniłam, że jest to bezpieczne miejsce, nie powód do wstydu, czy rzecz, która pozostaje w papierach niczym wyrok sądowy. Następnie zaczęliśmy się modlić wstawienniczo. Modlitwa bardzo poruszyła serce P. Przez cały wstrząsał nią płacz, zwłaszcza na fragmentach dziekczynienia za dar jej życia i cudownego ukształtowania. Kiedy przeszliśmy do modlitwy oddania życia Jezusowi, przez szloch nie była w stanie czytać słów. Wypowiedziała tylko na koniec – Amen. Po modlitwie porozmawiałam z nią jeszcze chwilę, a w tym czasie Tomek 2 m. Dalej rozmawiał z jej przyjaciółką – J. Czas mijał nieubłaganie i zbliżała się powoli godzina zakończenia naszej posługi, dlatego podeszłam i zaproponowałam modlitwę za J. Zaproponowałam też, żeby Tomek ją poprowadził, ponieważ rozmawiał już z tą dziewczyną, on jednak wolał, żebym ja przejęła pałeczkę. J. Również bardzo dotknęły słowa dziekczynienia (polecam gorąco Psalm 139, a zwłaszcza werset 14). Skończyliśmy, wyściskaliśmy, pożegnaliśmy i razem z klerykiem ruszyliśmy w kierunku namiotu Adoracji. Wtedy powiedział mi, że chciał, abym to ja poprowadziła modlitwę, bo wiedział, że Duch Święty tak mnie poprowadzi, że będę mówiła o tych rzeczach, o których rozmawiali i żeby J. to zauważyła. I faktycznie, zgadzało się. Po tych jego słowach serce mi urosło z powodu jego wiary. 
Pisałam wcześniej, że najbardziej zapamiętałam dwie ostatnie pary. To dlatego, że sama przez kilka lat chorowałam na depresję oraz zaburzenia na tle nerwicowym. Przeszłam długą drogę i na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że jestem zdrowa (Bogu niech będą dzięki) i mogę korzystać z moich doświadczeń żeby pokrzepić i dać nadzieję innym, spróbować pokazać, że to nie koniec, że da się wyjść z doliny rozpaczy. Przez długi czas nie wiedziałam jakie niby dobro Bóg może wyciągnąć z mojego wieloletniego cierpienia, ale teraz, kiedy już kolejny raz ewangelizuję i za każdym razem napotykam osoby z depresją, z problemami z poczuciem własnej wartości, które nie czują się kochane przez Ojca, to zaczynam powoli być wdzięczna za to, że mogę wykorzystywać swoje życiowe doświadczenie.

Patrycja
Scroll to Top